W trzy lata po dojściu Hitlera do władzy, Niemcy przeżywają okres prosperity. Były oficer policji kryminalnej, a obecnie prywatny detektyw Bernhard Gunther też nie narzeka na brak zleceń - zwłaszcza od rodzin osób, które zaginęły bez wieści. Pewnego letniego dnia, w szykującym się do Igrzysk Olimpijskich Berlinie, Gunther otrzyma zadanie, które uwikła go w rozgrywki na samym szczycie nazistowskiej dyktatury.
"Marcowe Fiołki" to powieść otwierająca serię czarnych kryminałów o Bernim Guntherze, ukazujących czytelnikowi niezwykły obraz III Rzeszy u narodzin jej potęgi i po jej upadku. Kolejne tytuły cyklu to "Blady Złoczyńca", "Niemieckie Requiem", "Jeden z Wielu" oraz "Cichy Płomień".
Książka, którą się smakuje i którą docenia się w miarę czytania.
Rzecz dzieje się w 1936 roku, roku berlińskiej olimpiady. Dla mnie jest to najmniej znana część historii hitlerowskich Niemiec, dlatego z przyjemnością zwracałam uwagę na takie szczegóły jak ubrania, wygląd mieszkań, styl życia- całą tę codzienną otoczkę.
Z dużą ciekawością obserwowałam, jak wyglądało życie Niemców po dojściu do władzy Hitlera. Zastanawiałam się, jak on to zrobił, że całe tłumy uległy histerii i naród pozwolił się sterroryzować. Nie dowiedziałam się, ale po raz kolejny skonstatowałam, że garstka maniaków i oszołomów potrafi zastraszyć normalną większość. Znajoma wątpliwość?
Główny bohater nazistą nie był- to prywatny detektyw, który wikła się w skomplikowaną historię, która prowadzi go do gabinetu samego Goeringa.
Ostatnie rozdziały są wstrząsające, ponieważ oglądamy Dachau 36 roku.
Książka według mnie jest bardzo dobra, wręcz ważna dla miłośników historycznego czytania. Natomiast ktoś, kto lubi kryminały, miło spędzi nad nią czas.
Szczerze polecam.