Hal Duncan

Atrament

Wydawnictwo: Mag, Wrzesień 2007
ISBN: 978-83-7480-059-4


Głupie historie, szalone historie
- Nazywam się Reynard Cartier. Byłem...
- Reinhardt von Strann - przerywa mu Pickering.
- Urodziłem się w Rene-le-Chateau we Francji, wychowałem w Paryżu. Miałem nocny klub w Berlinie, póki futuryści...
- Nazywa się pan Reinhardt von Strann. Urodził się pan w Strann w Zachodnich Prusach. Chryste, człowieku, wiemy, kim jesteś. Wiemy wszystko.
To niezupełnie prawda. Pickering ma akta Reinhardta von Stranna, inaczej Guya Foxa, joysowskie zarówno jeśli chodzi o niezrozumiałość, jak i objętość. Kłopot polega na tym, że więcej niż połowa zawartych w nich informacji, zweryfikowanych przez liczne i godne zaufania źródła, przeczy sobie nawzajem. Tak więc stwierdzenie "wszystko" jest dużą przesadą. I, szczerze mówiąc, nie "my", tylko "ja". Reszty M5 nie obchodzi zbytnio "zwariowany pamflecista", szalony socjalista-anarchista występujący przeciwko "faszystowskiej" polityce nowego rządu. W dzisiejszych czasach są ważniejsi wrogowie.
- To absurd - oświadcza mężczyzna.
Jego akcent jest oczywiście nienagannie francuski, z lekką naleciałością amerykańskiego, czego można się było spodziewać, ale bez śladu gardłowej niemczyzny. Pickering nie wierzy mu ani przez sekundę. Zdejmuje na chwilę czapkę, żeby przeczesać palcami kruczoczarną, wypomadowaną czuprynę, po czym wkłada ją powrotem na głowę; nieświadomy nawyk, jakby odgarniał długie włosy z twarzy. Nie ma pojęcia, gdzie i kiedy się tego nauczył, skoro od wstąpienia do wojska zawsze nosił krótkie, z tyłu i po bokach.
- Był pan przed wojną właścicielem nocnego klubu w Berlinie - mówi. - Przez krótki okres, który nastąpił po mniej chwalebnej karierze... jak by to najlepiej wyrazić, żigolaka i złodzieja biżuterii.
- Cóż, nie mogę powiedzieć, żebym prowadził bardzo cnotliwe życie, ale nie jestem złodziejem.
- Pospolitym z pewnością nie.
Pickering wstaje z krzesła, idzie w kąt pokoju i opiera się o ścianę. Przez chwilę stoi tam ze skrzyżowanymi ramionami i mierzy więźnia wzrokiem. Potem wraca do stołu, zdejmuje czapkę i kładzie ją na blacie.
- W lipcu 1940 roku został pan aresztowany za pomaganie uchodźcom w ucieczce z Niemiec i skazany na śmierć jako zdrajca Neues Reich. Ze względu na pochodzenie z rodu von Strannów nie był to drobny skandal. Nie żeby w pańskiej rodzinie nie bywało wcześniej skandali... na przykład, z pańskim bratem. Ale jeszcze do tego dojdziemy.
- Proszę posłuchać, nie mam brata. Sprawdźcie swoje kartoteki. Jestem jedynym dzieckiem Alfonsa i Marie Cartier...
- Krótko przed egzekucją udało się jednak panu uciec z gestapo i nie słyszano o panu aż do...
- Powtarzam panu, że zatrzymaliście niewłaściwego człowieka.
- Aż do września 1947 roku, kiedy to złapano pana w trakcie włamania do syberyjskiego gułagu. Wsadzono pana do zaryglowanego pomieszczenia bez okien, zostawiono samego na jedną minutę, a pan... puf! zniknął. Dwa dni później mężczyzna odpowiadający pańskiemu rysopisowi został zastrzelony na polskiej granicy podczas przekraczania żelaznej kurtyny. Mamy akta NKWD i Stasi. Proszę mi wierzyć, to interesująca lektura. Dwa dni, żeby dostać się z Syberii do Warszawy. Dwa dni.

- Majorze... Pickering, zgadza się? Byłem w Brytanii, przepraszam, w Albionie. Od czasu ucieczki z Berlina w 1941 roku mieszkałem w Albionie. Chciałbym być tym Strannem, o którym pan mówi. Pomagał uchodźcom w ucieczce, tak? Godny podziwu człowiek. - Więzień uśmiecha się blado. - Ja nie jestem odważny, majorze Pickering. Największy wyczyn, na jaki się zdobyłem przeciwko futurystom, to nasikanie do koniaku. Byłem wtedy bardzo pijany. Bałem się ich. Kiedy trafiła się okazja, uciekłem, sam. Przedostałem się przez Holandię, nie oglądając za siebie. Nikogo nie zabrałem, myślałem tylko o sobie. Nie jestem taki jak ten von Strann. Nie jestem nim. Holenderski ruch oporu, pańscy ludzie, dziesiątki osób w samym Londynie mogą potwierdzić moją wersję. Kapitan, który mnie przesłuchiwał, kapitan MacChuill...
- Teraz generał. Tak, generał McChuill pamięta pana całkiem dobrze. I przypomina sobie, że dostarczył pan nieocenionych informacji na temat rozmieszczenia magazynów amunicji, potencjalnych celów.
- Cóż, może jednak na coś się przydałem. Ale nie rozumiem, skoro kapitan MacChuill potwierdził...
- Nie ma żadnej teczki, prawda?
- Słucham?
- Generał pamięta pana doskonale. Jest pewien swego i nikt nie wątpi, że mówi prawdę. A jednak nie ma protokołu przesłuchania, informacji o pańskim przybyciu, w ogóle żadnych akt. Dlaczego?
- Wojna to czas chaosu, majorze Pickering. Rzeczy giną, są niszczone, zapominane...
- Kradzione? Sto biurokratycznych świstków, które powinny być, ale gdzieś się zapodziały. Żaden z przyjaciół nie ma pańskich zdjęć. Ani jednego listu. Ale wszyscy zarzekają się, że znają pana od siedmiu, ośmiu lat. Jak to możliwe, Herr Strann? A może Herr von Strann? Nie jestem pewien, jak należy się zwracać do pruskiej arystokracji.
- Proszę, majorze Pickering. Nazywam się Cartier. Monsieur Cartier, jeśli już musi być oficjalnie. Wolałbym Reynard.
- Pańskie imię brzmi Reinhardt - powtarza Pickering ze znużeniem, jakby przemawiał do idioty. - Reinhardt von Strann. Wiemy to na pewno. Wiemy, że miał pan Fox Den, w Berlinie, między...
Więzień unosi rękę. Dłoń lekko drży. On sam też wygląda na zmęczonego.
- Chwileczkę, majorze Pickering. Jestem z panem uczciwy, proszę mi wierzyć. Kiedy mówi pan o tym Strannie, nie rozpoznaję nazwiska, ale... Fox Den, tak pan powiedział?
- Tak, Fox Den.
- Pamiętam. Nie znałem nazwiska właściciela, ale słyszałem o nim różne rzeczy. Miał brata w armii, prawda?
- Johanna von Stranna. Niech pan nie prowadzi ze mną tych gierek.
- To żadne gierki, majorze Pickering. W tym świecie tak się nie robi, odkąd... odkąd... - Potrząsa głową. - Ale opowiem panu wszystko, co wiem. Uprzedzam jednak, że to głupie historie, szalone historie, wręcz niewiarygodne, ale jeśli tego pan szuka, jeśli tego pan chce... Ja tylko poproszę pana o jedną rzecz, majorze Pickering, jedną małą rzecz.
Pickering nic nie mówi.
- Niech pan zwraca się do mnie po imieniu, majorze Pickering. Proszę mówić mi Reynard.


3 - Więźniowie smutku

Złodziej żyć

Podobno był w Dreźnie, mój brat. Podobno był w Dreźnie, kiedy na miasto spadły bomby zapalające aliantów. Podobno był w Dreźnie, Kolonii, Dusseldorfie i Hamburgu. Podobno był w Londynie w czasie nalotów, skakał z dachu na dach - współczesny Spring-Heeled Jack - i za każdym razem, kiedy jego wojskowe buty dotykały szczytu budynku, za każdym razem, kiedy unosił się z kucek i wzbijał do następnego lotu, dom wybuchał z hukiem pioruna i stawał w płomieniach. Podobno był w Nowym Jorku, kiedy pierwszy z nowo narodzonych Von Brauna bluznął ogniem na Wall Street.
W Dreźnie, Londynie i Nowym Jorku podążały za nim bomby jak za złotym zwiastunem śmierci. Albo jakby próbowano wysadzić w powietrze mojego brata, a nie rodziny stłoczone w piwnicach na węgiel, kobiety pracujące w fabrykach razem z dziećmi i dziadkami czy biznesmenów stojących w oknach na dwudziestym piętrze i patrzących z przerażeniem, jak w ciemności pędzi na nich światło, coraz bliższe i bliższe. Podobno widziano go, jak wychodzi nietknięty z burz ogniowych, ten duch wszystkich nalotów, stworzony w czasie destrukcji. Podobno był w Tokio, Hiroszimie i Nagasaki. Wszędzie gdzie wybuchał ogień, widywano mojego brata, Johanna von Stranna - Jacka Flasha jak nazywali go Anglicy - übermenscha, awatara, księżycowe dziecko. Z drugiej strony on sam hartował się w ogniu, w krwi i ogniu.
Chciał zostać bohaterem najstarszego gatunku, bogiem w ciele człowieka. Zamiast tego był człowiekiem, który utknął w Bożym śnie.

W Dreźnie, Florencji nad Łabą, jak je nazywano ze względu na rokokową i barokową architekturę, stolicy Saksonii, bóg ognia mógł czuć się jak w domu. Miasto drezdeńskiej ceramiki, ciemnej gliny wypalanej w piecach i przekształcanej w delikatną, białą porcelanę. Portowe miasto przemysłu ciężkiego, odlewni i hut, żelaza i węgla przetapianych na stal. Mój brat często mówił o jednym ze swoich bohaterów, Michale Bakuninie, który utrzymał Drezno po tym, jak się zbuntowało i obaliło króla Saksonii za odrzucenie konstytucji Imperium Niemieckiego. Opowiadał o Bakuninie i jego armii robotników fabrycznych, którzy zabierali skarby sztuki z miejskich muzeów i robili z nich barykady, żeby zniechęcić pruskie wojska do strzelania. Walczyli na ulicach przez cztery dni, podczas gdy sklepikarze, drobni burżuazyjni sklepikarze, utworzyli oddziały ochotnicze wspierające wojsko przeciwko powstańcom.
Znacie tę historię w swoim świecie, mam nadzieję? Nie, nie, jestem pewien, że tak. Pamiętacie wiek swastyk i sierpów, kul, którymi Bośniacy strzelali do Bośniaków. Czasy, kiedy wielka gra stała się śmiertelnie poważna i wielkie siły, wielkie idee, przetoczyły się przez świat mrocznymi falami, obojętne na wszelkie granice, moralne czy geograficzne. Świat po tym, niech mi pan wierzy, wcale nie jest całkiem inny. Próbujemy go zmienić, ale wydaje się, że tylko my się zmieniamy.

Prometeusz zmienił świat. Tak bardzo, że został uwieczniony na reliefie zdobiącym ścianę drezdeńskiego Katholische Hofkirche. Miasto takie jak Drezno dużo zawdzięcza złodziejowi ognia, który dał nam środek do budowania nowoczesności. Poeci i muzycy, którzy przyjeżdżali do Drezna z całej Europy, po powrocie do domów pisali wielkie dzieła wychwalające tę tytaniczną postać oświecenia. Romantyczność i rozum są w niej stopione ze sobą jak żelazo i węgiel w stali, z której robimy statki i samochody, czołgi i działa; dwie przeciwstawne ideały zachodniej myśli - wydawałoby się, że nie do pogodzenia - znalazły jednak coś wspólnego w tej tragicznej, heroicznej postaci Prometeusza zakutego w łańcuchy, uwiecznionego w posągach odlanych z brązu, w strofach wierszy, w symfoniach o krystalicznym brzmieniu, na kamiennym reliefie w Dreźnie.
Można sobie wyobrazić, że właśnie ta rzeźba znienawidzonego wroga Zeusa ściągnęła z nieba pożogę. Rozgniewany bóg odpowiedział gromami. Jak śmiecie otaczać czcią tego złodzieja? Jeśli tak bardzo jesteście mu wdzięczni za jego dar, mnie również okażcie wdzięczność; dam wam ognia w nadmiarze.

Nie ma chyba żadnych zdjęć mojego brata, tylko te historie; ale one są tego rodzaju, że nie nadają się do oficjalnych raportów. Sylwetka człowieka, który wychodzi cało z budynku, który zamienił się w piec. Postać przykucnięta na podmurówce komina, sprowadzająca burzę ogniową. Wojna zdaje się generować takie mity, a niektóre z nich stają się sławne: anioły, które pojawiają się, żeby rozgromić nieprzyjacielskie wojsko; martwi towarzysze, którzy ratują życie żołnierza, żeby zaraz z powrotem zniknąć w dymie. Ale Jack Flash w rozwianym szynelu, płomiennowłosy anioł śmierci, którego gniewnym pomrukiem był huk nadlatujących bombowców, krzykiem - wizg rakiet V-3, a rykiem - łoskot walących się budynków... Słyszałem o nim różne rzeczy od tych, którzy widzieli, jak giną ich bliscy. I zawsze opowiadali swoje historie cicho i niechętnie, jakby samo mówienie o nim mogło go znowu przywołać.
Oczywiście całkowicie się mylili. Mój brat nie przyjmuje żadnych wezwań, żadnych zaproszeń. On nie potrzebuje perswazji.